O porządkach, szacunku i kobiecości (z listu do Przyjaciela)
- Tagi: szacunek, porządek, małżeństwo, kobiecość, bałgan
Drogi Przyjacielu
Twój ostatni list był czytany w biegu. Nie mam teraz czasu. Nie mam też siły. Ciągle śpię, albo walczę ze smutkiem, albo staram się czegoś nie zawalić. Jak tak dalej pójdzie, to chyba zwolnię się z pracy i zasnę do końca tej zimy. Nie mogę się pozbierać normalnie. I nie mogę nic napisać. Jestem zamrożona.
Twoje słowa świadczą o trosce, ale nie ma w nich zbyt wielu trafnych przeczuć. Ważne są Twoje myśli o tym, żeby mieć plan życia. Ja go mam. Ale teraz w tym planie jest nieoczekiwany aneks - "odpocznij kobieto i wyluzuj na rok dwa. Daj sobie czas i czas Bogu, aby dał Ci łaskę." Zrozumiałam, że muszę nauczyć się leżeć bez ruchu i stać w miejscu. Czas na to właśnie teraz.
Myślę o tym, o czym rozmawialiśmy ostatnio, narzekając na różne bałagany w naszym życiu, w mieszkaniach naszych znajomych, w pracy… W moim domu jest porządek. To, co leży na wierzchu to taki powierzchowny bałagan porozrzucanych codziennie rzeczy, które codziennie setki razy sprzątamy wszyscy razem. Mój dom jest czysty, ale jest mały i w tak małym domu, gdzie mieszka pięć osób, które ciągle się o siebie potykają nie ma szans być nieustannie czysto. Mieszkamy w bloku na niecałych 50m w dwóch pokojach z kuchnią przedpokojem i łazienką. Mamy zamiar za rok dwa przebudować mieszkanie i urządzić je tak, żeby lepiej zorganizować przestrzeń. Póki co jest i tak dobrze, bo wszyscy starają się utrzymywać porządek i raczej ten porządek jest. Nasze dzieci są nauczone, że muszą mieć czysto w pokoju, znosić talerze ze stołu itd. Czasem się buntują, jak to dzieci, ale raczej nie są brudasami. Według mnie zachowują się dobrze i nie są jakoś specjalnie uciążliwsi, bardziej niż inne dzieci w ich wieku.
Niektórzy mają niestety problem ze sprzątaniem polegający na tym, że ciągle to robią. Bez przerwy coś sprzątają. Nawet w dzień jakiegoś święta czy rodzinnej uroczystości nie chcą iść do kina, na spacer czy gdziekolwiek poza dom, żeby spędzić trochę czasu z bliskimi. Stoją przy desce i twierdzą że MUSZĄ prasować, odkurzyć i umyć podłogi, umyć naczynia po obiedzie itp. itd. Może warto wtedy trzasnąć drzwiami, i zostawić czyściochy w domu. Samemu z chętnymi „brudasami” ;) wybrać się do parku rozrywki i super się bawić bez wyrzutów sumienia. Niech mają je ci, co zostali w domu. Trzeba się czasem usunąć z oczu, żeby ktoś nas zauważył.
Więc widzisz Mój Przyjacielu, ja nie mam aż tak radykalnych poglądów na czystość w domu. Ma być po prostu porządek i brak syfu, ale nie można dręczyć innych nieustannym utyskiwaniem na coś, co zawadza na widoku. Ludzie, którzy bardzo pilnują porządku wokół siebie bardzo często mają nerwicę. Dla mnie ważniejsze jest wyjście z dziećmi na spacer i pobieganie z nimi w lesie niż wielogodzinne uparte poszukiwanie najmniejszego brudku w kątach. Sprzątam na bieżąco. Czy coś jest złego w tym, że czasem książka, szalik czy koc leżą na wierzchu?
Słuchałam kiedyś w ramach pokuty rekolekcji o odpoczynku. Ksiądz, który je wygłaszał kilka razy wspominał właśnie o takich sytuacjach domowych. Mówił, że często zbyt wielką wagę przywiązujemy do sprzątania w domu, zabałaganiając swoją duszę grzechami krzywdzenia członków rodziny udręczaniem ich i złoszczeniem się o nieistotne w sumie szczegóły. Naczynia można umyć później, odkurzanie można odłożyć na drugi dzień, pranie i prasowanie nie musi być priorytetem. Czasem ważniejsze jest spędzenie czasu z mężem, z żoną, z dziećmi. Oczywiście sprzątać trzeba i porządek musi być, ale nie wolno dopuścić, aby stało się to obsesją.
Myślę też o tym, co piszesz o wzajemnym szacunku męża i żony do siebie. Parę dni temu moja znajoma, która od wieków jest mężatką i matką, poszła po pracy na pierwszą od lat wieczorną pogawędkę z dawnymi znajomymi z pracy. Wcześniej zrobiła zakupy, obiad, trochę ogarnęła w kuchni, ale wychodząc powiedziała, że nie zdąży już umyć naczyń. Mróz 10 stopni, ona zakłada nową spódnicę, którą sobie kupiła kilka dni temu. Wróciła o 1 w nocy. Pierwszy raz od lat jej mąż nic złośliwego na ten temat nie powiedział, ani jednej uwagi. 10 lat jej zajęło przyzwyczajanie go do tego, że jest wolną osobą z innymi niż on upodobaniami. I następne lata pewnie też jej miną na przypominaniu mu o tym. Faceci czasem chcieliby zagarnąć swoją kobietę tylko dla siebie. Tak samo jak kobiety swoich mężów chciałyby zamknąć w domu albo w jakimś schemacie. Znam kobiety, które tak bardzo boją się o swoje związki, że uwiązują swoich mężów na złotej smyczy „tego co musisz w domu”, kneblują rubinowymi kneblami „tego co nie wypada” i nawet nie zauważają, jak ich żywi, wspaniali faceci powoli zamieniają się w drogocenne figury ze złota „tego, jacy być powinni” (wg swoich żon rzecz jasna). Figury złote, ale lekko nieżywe. Czy przypadkiem nasza kultura nie kreuje takiego modelu związków małżeńskich? On ma być nieżywy i idealny, a ona uwięziona w kieracie domu i obowiązków wobec dzieci i męża. I też niezbyt ważna jest jej żywotność, jej szczęście osobiste. A gdzie w tym wszystkim wolność? A radość? A miłość? Mam też czasem wrażenie (wynika to z doświadczenia i z uwag, jakie czasem słyszę, kiedy wygłaszam publicznie takie zdania jak wyżej), że każda czy każdy kto myśli i robi inaczej od razu podchodzi pod „feminizm” i „ponowoczesność” rozumiane w jak najgorszym znaczeniu. A jak już się okaże, że chrześcijańska kobieta tak myśli to od razu dostaje nalepkę „liberalna”. Kobieta = dom, dzieci, rodzina, facet = do roboty zarabiać na dzieci i żonę. Smutne, że w XXI w. chrześcijański model rodziny nadal podlega takiemu stereotypowi… Ale może to tylko wrażenie. Mam nadzieję…
Myślę, że czasem kobieta musi być twarda wobec swojego życiowego partnera, jeśli on ma zauważyć, że jest przy nim jakaś kobieta – na stałe, na dobre i na złe. Kobieta, która oprócz prania i gotowania czy rodzenia dzieci ma też inne rzeczy do zrobienia i wymarzenia. Tak samo, jak on musi czasem zmięknąć, żeby ją do siebie przekonać. Nikt z nas – kobiet i mężczyzn w związkach nie jest święty. I brak nam chyba umiejętności z zakresu komunikacji.
Co do Twoich rozmyślań na temat mojej kobiecości. To długa historia, ale chyba nie chcę jej teraz poruszać w szczegółach. Napiszę ogólnie, że nie widzisz mnie na co dzień, a zdjęcia jakie Ci wysłałam nie odzwierciedlają mnie całej. Nie każda kobieta ma miękkie rysy twarzy. Moja osobowość jest jaka jest, mam twardy charakter i dużo siły w sobie. To sprawia, że czasem ludzie mówią, że jestem jak facet. Ja się wtedy śmieję, że to bzdura. Bo kobiety są silniejsze od mężczyzn, tylko że ja się nie boję tej siły pokazać. I faceci ze strachu mówią, że jestem jak facet, bo łatwiej im wtedy traktować mnie jak kolegę, a nie jak silną kobietę, której nie da się zniewolić w żaden sposób. Kolega w pracy mi ostatnio powiedział, że się mnie boi. Zapytałam, dlaczego. Odpowiedział, że ja nie kokietuję i nie żartuję tak jak kobiety tylko po prostu mówię prawdę. Sam widzisz, jak ludzie nie grają i nie ściemniają, to się od razu nie mogą znaleźć w normalnej relacji. Ale to chyba nie jest mój problem. Nie gram w gry z ludzkimi uczuciami w roli głównej. Czy to wada?
Partnerstwo od początku – to jest dla mnie dobry start znajomości. Każdy przejaw maskulinizmu czy zaborczości męskiej, czy rywalizacji albo chęci jakkiejkolwiek dominacji ze strony faceta kwituję dystansem i czasem nawet walką. Nie często mi się zdarzało walczyć z mężczyzną, ale zdarzyło się i to kilka razy. Nie cierpią mnie do tej pory. Ale nie wiedzą dlaczego, więc mówią że jestem zarozumiała (czyt. potrafię rozmawiać o wszystkim na jakimś tam poziomie) i nie można się ze mną dogadać (nie wdzięczę się i nie przytakuję za każdym razem, kiedy mężczyzna się odzywa). Ba! Śmiem nawet się sprzeciwić i uzasadniać dlaczego mam inne zdanie na dany temat. Najgorzej potraktował mnie pewien katolik (zresztą i ja go dotkliwie niestety). Głupie to było i bez sensu. Ale nie mogę znieść niesprawiedliwego traktowania ludzi z gruntownym wykształceniem teologicznym tylko dlatego, że nie są facetami w sutannie. Wiem jestem złośliwą małpą, już przestaję…
Czy to źle, że nie pozwalam sobie wejść na kolanka i na klepanie się po policzku? Nie jestem maskotką ani przytulanką. Jestem kobietą, która zna swoją wartość. Faceci, mimo wszystko, mimo że mamy już XXI wiek, nie są do tego przyzwyczajeni. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.
Napiszę jeszcze za parę dni. Teraz idę nadrabiać zaległości w pracy. Mam sporo do zrobienia oprócz tego, co czeka na liście domowych spraw. A w weekend jest w sąsiedniej parafii konkurs kolęd. Trzeba moją córkę muszę do tego przygotować. Będzie śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Mam co robić jak widzisz, więc zmykam, by powalczyć o pogodzenie życia rodzinnego z zawodowymi pasjami. Tak, ja kobieta chrześcijańska, podobno z zapędami feministycznymi i liberalnymi (co za bzdura, ale tak mówią hi hi).
Do usłyszenia w słowie w następnym tygodniu.
Twoja przyjaciółka
- jorlanda - blog
- zaloguj się lub załóż konto aby skomentować
- 329 odsłony
- dyskusja (komentarze: 6)


