| Imieniny:
 

Miniatury Aktu.

Momenty Wieczności.


Świeckość oświaty.


 

Świeckość oświaty.
 
Do poniższej refleksji nakłoniła mnie wypowiedź Pana Zbigniewa, który napisał w swoim blogu o rzekomej modzie na sprzeciw, jaka wybuchła w związku z naturalnym procesem oddzielenia religijności od świeckości. Zaznaczam, że powtórzę tylko truizmy, które dla osoby o światopoglądzie uniwersalistycznym i pacyfistycznym, z którą siłą rzeczy sie utożsamiam, są już na tyle oklepane i wyświechtane, że jednostki opowiadające się za jasno postawioną koniecznością oddzielenia kościoła i szkoły niczego nowego tutaj nie znajdą.
 
Zjawisko emancypacji oświaty z kajdan kleru nie jest modą na sprzeciw, tylko następstwem rosnącej - na szczęście - świadomości uczniów i ich rodziców odnośnie prawidłowego profilu jednostek oświatowych. Celem szkoły (znam się na tym, ponieważ ukończyłem filozofię z profilem nauczycielskim, miałem więc zajęcia z pedagogiki i komparatystyki pedagogicznej, porównującej systemy oświatowe różnych krajów oraz oświatę w świetle prawa Unii Europejskiej) jest wykształcenie postaw i ukształtowanie wiedzy na poziomie pozwalającym funkcjonować młodzieńcowi lub pannie w społeczeństwie demokratycznym, pośród ludzi o różnych światopoglądach i wyznaniach.
 
Warunkiem prawidłowych relacji na poziomie psyche-mentalnym pomiędzy jednostkami społeczeństwa jest umiejętność zachowania w dyskusji ideologicznej transparentności i doboru uniwersalnych kryteriów argumentacji podczas rozmowy. Narzędziem do tego prowadzącym jest sama umiejętność posługiwania się wiedzą uniwersalną, czyli aktualną w każdym możliwym systemie światopoglądowym. Na wiedzę taką składa się zbiór faktów i relacji pomiędzy tymi faktami, ukształtowany przez naukę. Atrybutem naukowości jest faktualność, a nie metaforyczność (jak w przypadku religii). Tym, co cechuje fakt, jest jego niezawisłość względem jakichkolwiek religii. Warunkiem prawidłowo funkcjonującej szkoły jest więc jej świeckość.
 
Innym argumentem przeciwko wliczaniu oceny z religii do średniej jest fakt, że do szkół uczęszczają nie tylko chrześcijanie. Mniejszość niechrześcijańska musiałaby więc podporządkowywać się - na przekór własnej religii lub światopoglądowi - systemom teologii chrześcijańskich, co równałoby się z indoktrynacją ideologiczną i dyskryminacją pozostałych członków społeczeństwa. Alternatywa dla uczniów niewierzących lub wierzących np. w Fioletowego Pokemona z Góry Sabradrab wobec religii pod postacią etyki jest niesmacznym żartem; etyka, do tego prowadzona przez osobę świecką (!), powinna zastąpić zajęcia z religii w szkołach całkowicie. Nie powinno więc być alternatywy, tylko obowiązek zdobywania wiedzy w zakresie etyki świeckiej, pozwalającej funkcjonować pośród innych kultur i zrozumieć wyznawców innych bóstw.
 
Kolejną sprawą jest rosnąca niechęć świeckiego społeczeństwa do Kościoła, zwłaszcza katolickiego. Osobiście sądzę, że Kościół Katolicki upadł, ponieważ w świecie informacji nie sposób było ukryć wszystkich jego grzechów. Kiedyś mój przyjaciel, bardzo wierzący, uczestniczący w spotkaniach oazowych, wypił ze mną kilka butelek Ćernego Kozela, świetnego, acz dosyć mocarnego, czeskiego piwcia. Rzekł, ku mojemu zaskoczeniu: „Kościół, z całą swoją kiczowatą ornamentyką i trzęsącym się papieżem w faraońskiej czapce i w złoceniach jest po prostu groteskowy, śmieszny i przypomina pogaństwo w najczystszym stylu”. Kopara mi opadła – on, człek wierzący – i nieważne, że po piwku – takie rzeczy mówi? O czymś to świadczy, jak sądzę... Coraz częściej z resztą słyszę wśród ludu złośliwe komentarze pod adresem hierarchii, będącej w istocie postumentem feudalizmu. Faktem jest, że Kościół jest po prostu anachronicznym molochem, który wcześniej czy później przejdzie do historii, a w Watykanie powstanie muzeum. Nie sposób tego uniknąć i powoływanie się na argument morallnej słuszności i prawości wiary byłoby tutaj nie na miejscu - wiara nie jest żadnym argumentem. Ktoś wierzy albo nie - i jest to jego osobista sprawa.
 
Zaburzenie - jeśli nie upadek - autorytetu KK jest bezpowrotne, zwłaszcza w dobie, w której to fakty nauki i piękno sztuki, a nie domniemania pozwalają ludzkości na budowanie światopoglądów bardziej popartych konkretną, faktualną argumentacją rozumową, a nie wyznaniem niedefiniowalnej i nieuchwytnej wiary, która stanowi kwestię na tyle subiektywną, że każdy może sobie wierzyć w to, co chce. Jeden wierzy w Jezusa na krzyżu, inny – w Różowego Berburborboberka siedzącego na huśtawce. I ani jeden, ani drugi nie ma ani dowodów na słuszność swojej wiary, ani kontrargumentów przeciwko wierze innego.
 
Duchowość, wiara i religia człowieka jest jego najbardziej intymną i głęboką sprawą. Żadna instytucja nie ma prawa ingerować w sferę egzystencji, którą każdy musi przemyśleć osobiście, w najgłębszym cieniu własnej duszy. Tym, co najistotniejsze w ekstazie religijnej i przeżyciu mistycznym, do którego każda religia powinna prowadzić, jeżeli za takową się podaje, jest unifikacja wymiaru uniwersalnego z indywidualnością jestestwa – i na tym mniej więcej polega transcendencja, aby obejmujące całe Uniwersum światło mogło najgłębszy cień indywidualności prześwietlić na wskroś. W tajniki duszy nie ma wglądu żaden ksiądz, nawet bowiem egzorcysta nie rozumie demonów, które wypędza. Wiedza na temat systemów religijnych, teologicznych i metafizycznych stanowi jeden z warunków zrozumienia metaforyki prowadzącej do transcendencji, stąd świadomość religijna człowieka jest najistotniejszym czynnikiem wpływającym na zdrowie psychiczne jestestwa. Czymś innym jednak jest nauczanie wiedzy na temat różnych religii i porównywanie systemów religijnych określonych kultur w ramach zajęć z wiedzy o kulturze i uzupełnianie wiedzy o wybranej przez siebie religii poza szkołą, zgodnie z własnym sumieniem – nieistotne, czy będzie to salka katechetyczna przy parafii, gdzie koniecznie musi powrócić nauczanie religii (!), czy buddyjski ośrodek medytacyjny w Czeskim Cieszynie, czymś innym - wklepywanie zasad odmawiania różańca i zakazu in vitro oraz pokazywanie zmasakrowanego mięsa po aborcji na zajęciach z "jedynej prawdziwej wiary".
 
Uważam, że człowiek, który całkowicie odrzuca jakkolwiek pojętą wiarę religijną, sporo traci, nawet jeśli – tak jak ja – uważa religię za zbiór metafor, tudzież system kompensacji braku sensu życia w przypadku jego dogłębnej, aż do struktur molekularnych, analizy. Religia jest najwyższą - jeśli wciąż upierać się przy hierarchizowaniu - formą sztuki, jest człowiekiem w czystej postaci, tym, co w ostateczności do faktów nauki sprowadzalne nie jest. Do konstatacji takiego faktu przez ucznia wystarczy jednak trochę filozofii, której – jako sposobu na nauczenie dziatwy myślenia – w naszym czarnym, ciemnym jak lochy zakonu kraju wciąż nie ma, bo kler woli, aby młodzi w przyszłości walili mu na tacę. I taka jest naga prawda. Polityka, wtyki, biznes, nic więcej. Jestem pewien, że oddzielenie oświaty od nauki religii stanowi konieczność zdrowego społeczeństwa i powrotu Kościoła – jeśli chce mimo wszystko liczyć na wsparcie wiernego mu ludu – do właściwej mu misji.    
 
Paul Ranson, Christ et Buddha, 1880.
 

 

 

 

0
Na razie bez ocen
Twoja ocena Żadne

komentarze (35)zaloguj się by skomentować



Tezeusz on Facebook
home forum