RAK
- Kategoria: Rozważania niedzielne
- Tagi: syn Boży, Ewangelia, błogosławieni, bezdomność
Tak się akurat niestety złożyło, że cierpię ostatnio na nadmiar wolnego czasu. Oczywiście, nie mam najmniejszych problemów z zagospodarowaniem go i pewnie jest wiele podobnych mi osób, które też takich problemów nie mają. Każdy, komu trafi się takie szczęście/nieszczęście, zdaje sobie sprawę, że jakieś zajęcie zawsze się znajdzie i czas w tym dziwnym okresie biegnie nieubłaganie szybko, a form jego zapełnienia jest niespotykanie wiele.
W moim przypadku sprawa jest mało skomplikowana - poza filmami, słuchaniem muzyki i śledzeniem na bieżąco informacji, publicystyki itp., zajmują mnie głównie lektury, pochłanianie jednej książki za druga oraz włóczęga po ulicach miasta, gdy tylko pogoda na to pozwala. Obiecałem sobie, że popracuję w końcu nad rozpoczętą już dłuższą opowieścią w której istotne znaczenie mają: bezdomność, pre-bezdomność, a także ucieczka w świat mniej rzeczywisty od tego, który nas otacza. W ramach wgryzania się w temat postanowiłem go zgłębić trochę dokładniej. Moje całodniowe wędrówki, a czasami i nocna włóczęga ulicami miasta, wcale nie przyniosła zaskakujących obserwacji, oprócz spotęgowania wrażenia, które i tak towarzyszy mi od dłuższego czasu, że osób, które wybrały lub którym wybrano ten sposób na życie, czy też nie-życie, jakby ciągle przybywa.
Przepraszam. Jedno zaskakujące wydarzenie jednak było i to takie, że poczułem, jakby ktoś mnie poraził prądem o wysokim napięciu, dostałem dreszczy i o mały włos, a zareagowałbym dość gwałtownie, co naprawdę rzadko mi się zdarza, o ile zdarza mi się w ogóle. Tak właściwie nie jest to coś sensacyjnego i tylko mój nastrój oraz nastrój otoczenia spowodował, że poruszyło mnie to akurat wtedy dość mocno, a ten cholerny nastrój był bardzo radosny.
Pewnego dnia szedłem sobie spokojnie jedną z zabytkowych uliczek, gwar i radość dookoła, dzieciaki i nie-dzieciaki biegają sobie z puszeczkami, a sporo osób wokół mnie chodzi z dumnie podniesionym głowami i z takimi fajnymi, czerwonymi serduszkami z papieru, ponaklejanymi na kurtki, spodnie, torby i nawet na czoła. Jednym słowem - radość wielka. Chcemy pomagać innym, radujemy się z tego powodu i coroczna, wielka akcja poprawy naszego samopoczucia i podwyższenia samooceny z pewnością zakończy się powodzeniem. Wszystko fajnie.
Więc o co mi chodzi? Doszedłem na rynek i przystanąłem na moment, by poobserwować podrygi tańczących na scenie muzyków, gdy do stojącego obok mnie osobnika z czerwonym serduszkiem w klapie podszedł jeden z bezdomnych i poprosił o kilka groszy. Uśmiech, który widziałem na twarzy tego pana z serduszkiem jeszcze przed kilkoma sekundami, zgasł w tempie błyskawicznym, twarz jakoś tak mu się dziwnie zaczerwieniła i jak nie wybuchnie, czym przyznaję, wzburzył mnie okropnie, bo stałem niestety dość blisko i odczułem potęgę jego wrzasku:
- Spierd... gnoju!!!
Mężczyzna, który zaczepił tego osobnika, oddalił się w przyśpieszonym tempie z miejsca zdarzenia, na co miało też wpływ nie tylko zachowanie zagadniętej przez niego osoby, ale także... otoczenia. Z okolicy, gdzie staliśmy odezwały się nagle pomruki poparcia. Racja. Niech stąd idzie, śmierdziel. Żeruje na Orkiestrze... Co on tu w ogóle robi? Osłupiałem. Ta wielka radość z dobrego serca Polaków zgasła we mnie momentalnie i pojawił się wielki smutek i żal, a także ledwie kontrolowana wściekłość, i to nie była wściekłość tylko i wyłącznie na tego wrzaskuna i otaczający nas krąg ludzi, ale też na siebie, że dałem się zaskoczyć i nie zdążyłem zareagować odpowiednio, a bezdomny uciekł, zanim zdążyłem cokolwiek uczynić.
Przyznaję, że nie bardzo potrafię zrozumieć tę nienawiść do ludzi, których dotknęła bezdomność i prawdziwy koszmar biedy. Dlaczego zapominamy, że to też są osoby potrzebujące wsparcia, które codziennie walczą o życie i bardzo bronimy się przed nimi, unikając ich skrupulatnie. Niejedna osoba, widząc z daleka kierującego się w jej kierunku bezdomnego, robi wszystko, by ograniczyć z nim kontakt do minimum albo stara się, aby go nie było wcale.
W powieści J. M. Coetzee "Wiek żelaza" główna bohaterka wspomina: W czasach twojego dzieciństwa nie było tu wielu bezdomnych. Ale teraz są częścią naszej rzeczywistości. Czy się ich boję? Właściwie nie. Trochę żebrzą, trochę kradną, piją, są brudni, hałaśliwi, i tyle. Czy jej słowa odpowiadają naszym odczuciom? Czy na prawdę się ich nie boimy? Czy może ta niechęć do nich spowodowana jest jeszcze czymś innym? Nic nie robią, żyją inaczej niż my, ciągle liczą tylka na czyjeś wsparcie... Nie podoba nam się to, że ktoś popadł w aż takie problemy, że dotknęła go choroba bezdomności. No właśnie, dlaczego zapominamy, że ta bezdomność jest często jak rak, który bardzo powoli zabija człowieka? Dlaczego nie chcemy zrozumieć, że ta ogromna różnica pomiędzy dzieckiem chorym na raka i żebrakiem włóczącym się po ulicy może być tylko pozorna i oni oboje mogą potrzebować choć odrobiny naszego wsparcia. To życie ludzkie.
A może po prostu chcemy też odsunąć od siebie jak najdalej myśl, że możemy skończyć tak jak zaczepiający nas bezdomni? Może nie w smak nam w erze problemów ciągłe przypominanie, jak zakończyć się może nasza kariera? Przecież nigdy nie wiemy, czy nie poniesiemy porażki i nasze dotychczasowe, spokojne życie nie zamieni się w koszmar. Utrata pracy, choroba, ciągle rosnące zaległości... Powodów takiego upadku może być wiele. Nie boimy się? Jesteśmy pewni, że nigdy nie będziemy potrzebowali pomocy? Ja sam nie mam takiej pewności i powiem, że jeżeli Wy ją macie, to bardzo wam zazdroszczę...
Gdy myślę o tym wszystkim, to coraz bardziej jestem przekonany, że człowiekowi nieustannie trzeba przypominać słowa Ewangelii, która niby uczy żyć wielu z nas, ale tak łatwo, kiedy tylko nam to jest wygodne, zapominamy o różnych zawartych w niej nakazach i wskazówkach. Panu z czerwonym serduszkiem z papieru, najchętniej, przypomniałbym przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu (Łk 16,19-31), ale gdy czytam słowa dzisiejszej Ewangelii, to jednak na mej twarzy pojawia się uśmiech i ta moja nieszczęsna złość mi przechodzi...
Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie (Łk6,20-23).
Mogę wyjść w noc...

- MichalPiatek - blog
- zaloguj się lub załóż konto aby skomentować
- 379 odsłony
- dyskusja (komentarze: 7)



